Kobieta żądna sławy

„Kobieta stanowcza to kobieta czynu, nie słów; kobieta, która działa, a nie traci czasu na snucie planów”. Są to słowa pewnej damy, która pozostanie znana pod nazwiskiem, jakie sama dla siebie wymyśliła Lola Montez. Bez wątpienia udowodniła swoim życiem, że należy do kobiet stanowczych. Nie cofała się przed żadnymi trudnościami czy przeciwnościami losu, nie przestrzegała żadnych przyjętych konwenansów. Naprawdę nazywała się Marie Gilbert i była córką brytyjskiego oficera w służbie czynnej. Podporucznik Gilbert przeniósł się ze swoim pułkiem i rodziną do Indii. Tam zachorował na cholerę. Po jego śmierci matka Marie wyszła ponownie za mąż. Śliczna, nad wiek rozwinięta mała dziewczynka już niebawem odkryła, że potrafi okręcić ojczyma wokół małego palca. Ta lekcja nie poszła na marne. Przeszła przez życie otoczona mężczyznami, którzy spełniali jej życzenia i zachcianki. Odebrała pobieżne wykształcenie we Francji i Anglii. Gdy dorosła, stała się piękną i pełną życia kobietą. W wieku osiemnastu lat uciekła z porucznikiem piechoty o nazwisku James, z którym potajemnie wzięła ślub. – Dać się ponieść uczuciom to tak jak dać się ponieść ognistemu rumakowi. Zwykle kończy się to upadkiem – tak kilka lat później skomentowała ten rozdział swojego życia Lola Montez. Nastąpiła separacja i rozwód, a następnie okres rozlicznych i burzliwych romansów.

Rozstrzygać tą kwestie

Trudno powiedzieć, czy Mary zamierzała nadal prowadzić mistyfikację, los bowiem rozstrzygnął za nią tę kwestię. Już kilka lat wcześniej pewna kobieta wykryła tajemnicę „małżeństwa” i co pewien czas szantażowała kobiety. Żądane sumy nie były wygórowane i „małżeństwo Howe” zawsze płaciło szantażyst- ce. Jednak po śmierci towarzyszki Mary kobieta uznała, że jej ofiara stała się bezbronna, i postanowiła wyłudzić większą sumę. W tym celu wdarła się do oberży wraz z parą łotrów przebranych za policjantów. Oskarżyli Mary o jakiś rabunek i oznajmili, że przybyli ją aresztować. Sądzili, że wpadnie w panikę i zgodzi się zapłacić każdą sumę, byle uniknąć zdemaskowania. Mary jednak zdecydowała się poprosić o pomoc sąsiada, któremu wyznała historię swojego życia. Dzięki jego pomocy przestępcy wpadli w ręce sprawiedliwości. Ale tajemnica Mary wyszła na jaw i nie mogło być już mowy o istnieniu Jamesa Howe. Możemy sobie wyobrazić, jak dziwnie czuła się Mary stając się po trzydziestu trzech latach znowu kobietą. Sprzedała oberżę „Pod Białym Koniem” kupiła dom w innej części Poplar. Dzielna kobieta spędziła tam resztę swojego życia, wspominając pełne przygód minione lata i z pewnością myśląc o utraconym kochanku, któremu pozostała wierna. Umarła w 1781 roku.

Katastrofa

Los uśmiechnął się do dwóch kobiet w sytuacji, która początkowo wydawała się niemal katastrofą. Otóż pewnego dnia wpadł do gospody pewny siebie hardy dziedzic. Podpity mężczyzna szukał zwady. Wdał się w szamotaninę z oberżystą, który był postury raczej wątłej. W bójce Mary została poważnie ranna w rękę i nigdy nie odzyskała w niej pełni władzy. Oberża była w stanie opłakanym, częściowo zdemolowana. Na szczęście ktoś wezwał Stróży porządku awanturnika wyprowadzono. Mary wniosła sprawę do sądu i uzyskała odszkodowanie w wysokości pięciuset funtów. Ten niespodziewany przypływ dużej gotówki pozwolił kobietom na zakup porządnej oberży „Pod Białym Koniem” w Poplar. Wkrótce „małżeństwo Howe” kupiło kilka następnych oberży. Kobiety potrafiły mądrze inwestować zarobione pieniądze i po latach stały się bardzo zamożne. James Howe i jego „żona” byli w swoich okolicach znani i ogólnie szanowani. James piastował wiele odpowiedzialnych urzędów. Około 1765 roku towarzyszka Mary zachorowała. Pojechała do domu swojego brata w Essex i tam, już na łożu śmierci, wyznała krewnym tajemnicę swojego życia. Kiedy umarła, jej rodzina udała się niezwłocznie do Mary East i zażądała połowy majątku. Mary bez wahania i bez słowa sprzeciwu spełniła ich żądanie.

Utracony kochanek

Wiele wrażliwych dziewcząt, zawiedzionych w miłości, przysięgało spędzić życie samotnie, w wierności dla utraconego kochanka, jednak rzadko której udawało się wytrwać w postanowieniu. Łatwiej dochować ślubów wstępując do klasztoru, ale w ówczesnej Anglii klasztory należały do rzadkości. Mary wpadła na niezwykły pomysł. Otóż porozumiała się z przyjaciółką, która również doszła do wniosku, że nie zwiąże się z żadnym mężczyzną. Kobiety zebrały swój majątek, który wynosił trzydzieści funtów, i opuściły domy rodzinne. Mary włożyła ubranie mężczyzny i przybrała imię James Howe. Jej przyjaciółka zaś odgrywała rolę żony. W Epping, w hrabstwie Essex, znalazły małą oberżę. Wzięły ją w dzierżawę i prowadziły udając małżeństwo. Przez pewien czas wiodło im się zupełnie nieźle. Choć trzeba pamiętać, że w owych czasach oberża nie należała do miejsc wykwintnych, a pijaństwo było na porządku dziennym. Można sobie wyobrazić, jak ciężka i nieprzyjemna musiała być to praca dla dwóch młodych kobiet, które w dodatku bały się zatrudnić kogokolwiek do pomocy, aby ich nie zdemaskowano. „Państwo Howe” wszystko robili sami. Dwie młode kobiety, bezbronne w towarzystwie podróżujących i tęgo pijących mężczyzn, narażały się na wielkie niebezpieczeństwo. Jednak ich mistyfikacja nie wyszła na jaw. Goście, co prawda, zauważali, że James Howe jest jakby trochę mało męski, ale najwidoczniej nikt się nad tym specjalnie nie zastanawiał.

Kobieta niezłomna

Godna podziwu jest osoba, która raz powziąwszy mocne postanowienie, konsekwentnie i wytrwale potrafi je zrealizować. To bez znaczenia, jak oceniamy jej decyzję; ważna jest niezłomność, która budzi podziw. Do takich właśnie osób należała Mary East, kobieta nieugięta, konsekwentna w swoich decyzjach i działaniach. Mary urodziła się w 1715 roku i właściwie nic nie wiadomo o jej dzieciństwie. Historia zaczyna się w 1731 roku, kiedy szesnastoletnia dziewczyna zakochuje się ze wzajemnością w pewnym młodym człowieku. Młodzi bardzo pragnęli się pobrać, jednak ukochany Mary uważał, że, jako człowiek biedny, nie ma co ofiarować swojej narzeczonej. Mimo lęku i perswazji Mary postanowił zdobyć pieniądze w sposób, jak mu się zdawało, łatwy, a mianowicie zajmując się rozbojem na drogach. Ukochana miała rację, obawiając się konsekwencji. Bardzo prędko młody człowiek został ujęty i wyrokiem sądu skazany na karę śmierci. Z uwagi na młody wiek i niekaralność wyrok zamieniono na dożywotnie wygnanie z kraju. Zmiana wyroku nie zmieniła faktu, że musieli się rozstać na zawsze. Osamotniona i pogrążona w smutku kobieta podjęła decyzję. Postanowiła nigdy nie związać się z żadnym mężczyzną.

Tę tragedię przeżył tylko Fosdyk

Nie mógł w żaden sposób dostać się z powrotem na pokład spokojnie dryfującej po morzu „Mary Celeste”. Uczepiony kurczowo resztek mostku, utrzymywał się na powierzchni wody przez wiele dni. W końcu nieprzytomny i półżywy został wyrzucony na północno-zachodni brzeg Afryki. W swoich dokumentach Fosdyk opowiada bardzo zręczną historię. Nadal jednak podstawowa zagadka pozostaje bez rozwiązania, a mianowicie w jaki sposób „Mary Celeste” dopłynęła do miejsca, w którym ją znaleziono. Ponadto w dokumentach Fosdyka są pewne błędy dotyczące dość istotnych elementów, których nie można pominąć. Fosdyk mówi, że „Mary Celeste” ważyła sześćset ton. W rzeczywistości miała tylko jedną trzecią tego tonażu. Ponadto Fosdyk stwierdza, że załoga składała się z Anglików, co również nie jest zgodne z prawdą, większość bowiem stanowili Holendrzy. Ale przede wszystkim wysoce nieprawdopodobny zdaje się fakt, że wokół statku, który wedle danych „Dei Gratia” poruszał się z prędkością kilku węzłów, mógł pływać człowiek w pełni ubrany. Choć opowieść Fosdyka jest niejasna i zawiera wiele nieścisłości, jednak nikt dotychczas nie podał lepszego wyjaśnienia tej tajemniczej sprawy. Istnieje małe prawdopodobieństwo, aby po ponad stu latach, które upłynęły od tego wydarzenia, można było powiedzieć
o nim coś więcej. Tak więc zagadka „Mary Celeste”, statku, który sam żeglował po oceanie, pozostanie na zawsze nie rozwiązana.

Artykuł do sprawy

Czterdzieści lat po tym wydarzeniu, w 1913 roku, ukazał się w londyńskim czasopiśmie „Strand” artykuł powracający do tej sprawy. Napisał go przełożony pewnej szkoły, pan Howard Linford. W tym artykule ujawnia on treść dokumentów, które pozostawił mu jeden z nauczycieli, niejaki Abel Fosdyk, człowiek wykształcony i wiele podróżujący po świecie. W dokumentach nieżyjącego Fosdyka znajdowało się wyjaśnienie losów załogi „Mary Celeste”. Fosdyk twierdził, że był nie ujawnionym pasażerem w ostatnim rejsie „Mary Cełeste” i jedynym człowiekiem, któremu udało się ocalić życie. Był on, jak wynika z dokumentów, bliskim przyjacielem kapitana Briggsa. Briggs zgodził się zabrać go potajemnie na pokład statku, Fosdyk bowiem musiał z jakichś nie wyjaśnionych przyczyn opuścić natychmiast Amerykę. Otóż pewnego dnia Briggs wdał się w spór z jednym z marynarzy. Chodziło o to, jak sprawnie i prędko jest zdolny pływać człowiek całkowicie ubrany. Aby udowodnić swoje racje, kapitan wskoczył do wody i zaczął pływać wokół statku. Za nim wskoczyło jeszcze dwóch mężczyzn, podczas gdy reszta obserwowała ich z pokładu. Nagle rozległ się przeraźliwy krzyk bólu i rozpaczy jednego z pływających koło dziobu marynarzy. Wszyscy skupili się na małym mostku, który został wcześniej zbudowany dla córeczki kapitana. Mostek nie wytrzymał ciężaru i zawalił się pod stojącymi. Wszyscy wpadli do wody, gdzie, wedle Fosdyka, zostali pożarci przez rekiny, które zaatakowały wcześniej pierwszego marynarza.

Wszystko to robiło dziwne wrażenie

Wyglądało na to, że nagle, z jakiejś tajemniczej przyczyny, cała załoga podjęła wspólnie decyzję, żeby wyskoczyć za burtę.
Ponieważ jedzenie było jeszcze dobre, a przedmioty metalowe nie zardzewiały pod wpływem morskiego powietrza, owo niezwykłe wydarzenie musiało nastąpić stosunkowo niedawno. Kapitan ,,Dei Gratia” zaczął podejrzewać, że na statku mógł wybuchnąć bunt. Ale jeżeli nawet jego podejrzenia były słuszne, to jak wytłumaczyć zniknięcie załogi? Łódź ratunkowa „Mary Celeste” wisiała na swoim miejscu, w jaki zatem sposób załoga zbiegła ze statku? Czyżby wyskoczyli wszyscy za burtę, czy może zabrał ich przepływający obok statek? Kapitan i oficer „Dei Gratia” wykryli pewne poszlaki, które, jak sądzili, wskazywały na dramatyczny przebieg wydarzeń. W jednej z kajut znaleźli nóż, który, jak się zdawało, był splamiony krwią. Podobne plamy znaleźli na prawym nadburciu. Jednak później, w czasie oficjalnego śledztwa, nie potwierdzono tego przypuszczenia i wręcz je obalono. Odnaleziono na statku dziennik pokładowy. Ostatni zapis pochodził z dwudziestego czwartego listopada. Zrobiono go zatem dziesięć dni wcześniej i jak z niego wynikało, „Mary Celeste” przepływała wówczas obok Wyspy Świętej Marii na Azorach. „Dei Gratia” natrafiła na statek, gdy ten znajdował się już czterysta mil dalej.

Statek był w doskonałym stanie

Maszty, żagle kadłub miał mocne i nie uszkodzone. Pod pokładem, na swoim miejscu, stał ładunek – beczki z alkoholem. Ponadto znaleziono duże zapasy jedzenia i wody do picia. Kufry z rzeczami osobistymi załogi i ubraniem stały pod pokładem we wzorowym porządku, wszystko suche i bez śladu zniszczeń. Nawet brzytwy nie zdążyły jeszcze zardzewieć. W kuchni, nad wygasłym ogniem, wisiały kotły z resztkami jedzenia. Stół w kajucie kapitana był nakryty do śniadania, które już zaczęto jeść. Jednak zdawało się, że posiłek został nagle przerwany w połowie. Na jednym z talerzy pozostało trochę owsianki, na innym stało jajko do połowy zjedzone. Przy jednym z nakryć stała butelka z lekarstwem na kaszel, a korek leżał obok. W drugim końcu kajuty, na stoliku, znajdowała się maszyna do szycia, a obok leżała nocna koszula dziecka. Ponadto na półce zauważono flakony z olejkami, leżało też kilka książek i harmonijka w pudełku z drzewa różanego. Wszędzie panował idealny porządek, wszystko stało na właściwym miejscu, nie widać było żadnych śladów zniszczeń. W kajucie pierwszego oficera było równie schludnie. Na stole leżała karta papieru z nie dokończonymi obliczeniami, jakby nagle przerwanymi. Wszystko wskazywało na to, że jemu również musiał ktoś nagle przeszkodzić. Złoto, biżuteria, pieniądze spoczywały bezpiecznie w okrętowym sejfie. Po dokładnym badaniu stwierdzono na statku jedynie brak chronometru.

Żadnych związków

Stanhope publicznie ogłosił, że Kaspar jest pochodzenia węgierskiego i nie ma żadnych związków z rodziną książąt Badenii. Stanhope prowadził ponadto szeroką akcję, której celem było uciszenie plotek łączących chłopca z rodziną książąt. Ale oto Anselm Bitter von Feuerbach zawyrokował, że „naruszenie prawa do wolności Kaspara nie było podyktowane nienawiścią czy zemstą, lecz zwykłym egoizmem. Kaspar Hauser jest bowiem prawowitym synem rodziny książęcej i został brutalnie odsunięty od prawa do sukcesji na rzecz innych następców”. Kiedy w 1833 roku von Feuerbach umarł nagle, zaczęły krążyć pogłoski, że został otruty, znalazł bowiem niezbite dowody książęcego pochodzenia chłopca. Nigdy dowody te nie zostały ogłoszone. Koniec życia Kaspara był równie tragiczny i tajemniczy jak inne wydarzenia w jego krótkim życiu. Pewnego popołudnia 1833 roku został zwabiony do parku w Ansbach przyrzeczeniem, że dowie się czegoś o swej książęcej rodzinie. Spotkał się tam z jakimś mężczyzną, który pchnął go sztyletem w serce. Zdołał dowlec się do domu, ale umarł w trzy dni później.

error: Content is protected !!